Ważnym momentem w 2007 roku  było wystąpienie przez prezesa Stowarzyszenia Sałasz do Instytutu Pamięci Narodowej z prośbą o kwerendę (sprawdzenie, poszukanie w archiwach) faktu rozstrzelania i pochowania w zbiorowej mogile 31 obywateli polskich narodowości żydowskiej we wsi Poraż na tzw. „granicy” (miejsce styku trzech wsi: Poraża, Niebieszczan i Morochowa). O sprawie tej członkowie Stowarzyszenia dowiedzieli się przypadkiem, podczas prowadzenia jednego z projektów. W miejscu rozstrzelania nie znajdował się żaden pomnik. Dzięki inicjatywie Sałaszu mieszkańcy zaczęli interesować się tą sprawą.

W 2010 roku postawiony został  w miejscu zbrodni pomnik ku czci ofiar.

Opiekę nad przedsięwzięciem tym objęło Stowarzyszenie Sałasz,

a personalnie jego prezes – Bogusław Słupczyński.

 

To było niezwykłe wyzwanie.

Kiedy Ania Bryndza z Poraża, przyniosła nam pokazać swoje wiersze wydrukowane w szkolnej gazetce, to podziwiając niewątpliwy talent poetycki Ani, osłupieliśmy jednocześnie czytając przeprowadzony przez dzieci wywiad z mieszkańcem „Granic” Marianem Grzybem.

Pan Marian opowiadał o  egzekucji Żydów, tu w Porażu. Przerażający opis zbrodni w dziecięcym „Porażaczku” wywołał u nas na początku nie tylko szok, ale i złość na fakt, że zebrana przez dzieci relacja pozostawała bez echa wśród dorosłych… Kiedy poznaliśmy Pana Bronisława Pałysa i jego niezwykłe opowieści o przedwojennych żydowskich i romskich mieszkańcach Niebieszczan, Poraża i Morochowa, odkryliśmy niezwykłe bogactwo różnorodności kultur zamieszkujących ten region ludzi. Pewnego dnia do wynajmowanej przez nas starej gajówki w Porażu, przyszedł Pan Emil Grzyb i zaprosił nas do siebie „na Granicę”. Tak się poznaliśmy. Rozmawiając o grzybach. Nie wiedzieliśmy wtedy, że Pan Emil i wielu innych mieszka tak blisko „Tego” miejsca. Temat Żydów wracał co jakiś czas. A to przy okazji omawiania z panem Bronkiem obrzędu kolędniczego z Niebieszczan, a to przy zbieraniu materiału do naszego spektaklu. To znowu przy opowieściach związanych z Żydami sanockimi. W końcu zapytaliśmy o zamordowanych Żydów. Pan Bronek o tragedii słyszał, ale miejsca nie znał. Wreszcie pewnego dnia Pan Bronek powiedział: „Coś by Panie Słupczyński z tymi Żydami trzeba by było zrobić! Musimy się dowiedzieć gdzie są pochowani”. Zdarzyło się coś co może teraz posłużyć za scenariusz do filmu. Zaczęliśmy poszukiwać tej mogiły z Panem Bronkiem – 85 – letnim przewodnikiem, człowiekiem u kresu życia. On swoim sposobami, my swoimi. Tak się umówiliśmy.

 

I szukaliśmy. Odwiedzaliśmy domy, rozmawialiśmy z ludźmi, ale nikt nie mógł sobie niczego przypomnieć. Wprawialiśmy ludzi w zdziwienie. Jakby chcieli zapytać, a właściwie to po co ich szukamy? Co jakiś czas spotykaliśmy się i wymienialiśmy się nowymi informacjami na ten temat. Pewnego dnia odwiedziłem Pana Emila Grzyba, powołując się nie tylko na swoją rodzinę, ale przede wszystkim na Pana Bronka. Poinformowałem pana Emila, że Pan Bronek szuka żydowskiej mogiły. – A to tu jest! – powiedział pan Emil i pognał na pole. – Skąd Pan wie?! – wołałem za nim. – Ojciec mi pokazał! Jego, za Żydów, pół roku trzymało Gestapo w Sanoku! Przy okazji usłyszałem solidny wykład Pana Emila o spisku żydowskim przeciwko całej ludzkości. – No to popadliśmy – pomyślałem. To pana ziemia? – wskazałem na miejsce mogiły. – Moja, a co ? – Chodź pan, dam Panu jabłek i świeżych jarzyn, tam na Śląsku takich nie macie! – skwitował pan Emil.

To nie było kilka jabłek i parę jarzynek. Załadowaliśmy pól samochodu. Ledwo dojechałem do Cieszyna. Taki właśnie jest Emil, pomimo mojego zainteresowania Żydami dał furę owoców i warzyw!  Wpadałem do pana Emila co jakiś czas, przynosiłem wieści ze świata, a czasami spirytus na nalewki. Gadaliśmy, gadaliśmy, a potem dostawałem torbę suszonych grzybów i żegnaliśmy się. Przy którymś spotkaniu, pan Emil, powiedział, że dobrze byłoby abym porozmawiał z jego starszą siostrą, bo ona dużo pamięta. Wtedy zrozumiałem, że Emil też chce tej mogiły. Zapytałem go nieśmiało czy odstąpi tę ziemię, gdzie znajduje się pochówek – A róbcie co chcecie! – odpowiedział z uśmiechem. No i taki właśnie okazał się z Emila „antysemita”. Którejś zimy zastaliśmy Pana Bronka zafrasowanego: – Panie Słupczyński musimy porozmawiać. Otrzymałem informację, że mam się tym nie interesować!

Serce zabiło mi z przestrachem. Pomyślałem: – Boże, w co myśmy wpakowali Pana Bronka.

Postanowiliśmy na jakiś czas przerwać nasze poszukiwania. Pan Bronek był tajemniczy i nie chciał ujawnić nam żadnych szczegółów. Temat mogiły nie wracał długi czas, aż któregoś dnia, Pan Bronek, przy kolejnej naszej wizycie obwieścił nam: – Wszystko załatwione, teraz można spokojnie załatwiać dalej sprawę Żydów. Zapytaliśmy co właściwie się stało? – Tu panie odbyła się pewna rozmowa, ale nie będziemy o tym gadać co było mówione. Jest dobrze! Do dziś nie wiem z kim Bronisław rozmawiał. Może z ludźmi, może z duchami? Nie miałem zamiaru drążyć jego „partyzanckiej tajemnicy”. Ufałem mu i podziwiałem go. W jakiś czas później odwiedziłem IPN w Rzeszowie. Stamtąd , w wyniku kwerendy , otrzymałem niezwykłe materiały. W domu Pana Jana Grzyba, Pani Rózia Grzyb (żona Mariana) wyjęła starą fotografię Pani Freiwirth i jej córki. To pamiątka po nich kiedy tu się ukrywali. Odnaleźliśmy jednego z ostatnich żyjących świadków tej zbrodni, Pana Józefa Kruczka, który osobiście, dzień po zbrodni grzebał zabitych. Dotarliśmy do Józefy Janochy, schorowanej siostry Pana Emila, która przywitała nas słowami: – Boże jak to dobrze, że ktoś się tym zajął. Cały czas o tym myślałam. I pokazał nam spisane na starej, pożółkłej karteczce nazwiska i przydomki znanych jej ojcu, pomordowanych Żydów. W dzień egzekucji siedziała w domu, w kuchni, widziała przeganianych pod oknami Żydów. Słyszała płacz dzieci. Matka odegnała ją i Emila od okna. W tym samym czasie jej ojca w chałupie obok katowali gestapowcy.

W jakiś czas później napisałem do samego Andrzeja Przewoźnika – Sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Już następnego dnia otrzymałem maila z precyzyjną informacją jak trzeba postępować. Odwiedziłem Urząd Wojewódzki w Rzeszowie i kilkakrotnie Urząd Gminy w Zagórzu. W obu przypadkach spotkałem się z niezwykłą życzliwością i kompetencją. Teraz mogę to już napisać. Przez całe te sześć lat miałem poczucie, że… może to wydać się śmieszne, ale chodzi mi o poczucie, że ktoś prowadzi nas za rękę i otwiera kolejne drzwi do… uporządkowania tej tajemnicy i zbiorowej pamięci. Czasami, aż jakiś dreszcz przeszywał. Było to niezwykłe uczucie. Dzisiaj Pan Bronek już nie żyje, nie doczekał tego właśnie dnia. Nie żyje też Pan Józef Kruczek. W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął Pan Andrzej Przewoźnik. Ten skromny pomnik podkarpackich Żydów w Porażu, jest także pamiątką po ich życiu. (Bogusław Słupczyński)