Scena CST (ul.Wyspiańskiego 2, Cieszyn)

Miejsce, które utrzymujemy od 2010 roku.

________________________________________________________________________________________________

Stodoła Festiwalowa – Ośrodek Teatru Kultur (Morochów)

Odkąd po raz pierwszy członkowie stowarzyszenia przekroczyli próg stodoły uzbrojeni w łopaty, widły i traktor z przyczepą minęło już kilka lat. Wcześniej budynek ten był częścią PGR-u, trzymano w nim konie, paszę i chemikalia. Po wojnie w ramach rekompensaty za utracone dobra, Państwo Polskie przekazało ten teren wraz z budynkami pod opiekę społeczności ukraińskiej. Nikt nie dysponował środkami, ani pomysłem na wykorzystanie przestrzeni stodoły i z tej racji budynek był użytkowany sporadycznie i w niewielkim zakresie. Odkąd Stowarzyszenie „SAŁASZ” zainteresowało się stodołą coś drgnęło. Zaczęliśmy od usunięcia ze stodoły całego zbędnego spadku pozostawionego po inwentarzu i pracownikach. Z czasem pojawia się klepisko (ponoć największe w Polsce) dodatkowe okablowanie i oświetlenie, a co najważniejsze ludzie. W stodole prowadzone są warsztaty dla dzieci, startuje festiwal teatralny, zorganizowana zostaje wystawa pt. „Człowiek jest Piękny”, odbywają się koncerty i projekcje filmowe. Widownia to głównie ludzie stąd, ze wsi, ale nie brakuje też gości z Zagórza, Sanoka, a nawet Warszawy i Kanady. Pojawiają się przedstawiciele władzy świeckiej i duchowej, czasem reporterzy z telewizji, radia i gazety. Stodoła zasłużyła na miano „Ośrodka Teatru Kultur”… a kultur tu wiele. Oprócz polskiej i ukraińskiej, znalazła dla siebie tu miejsce kultura żydowska, a nawet czeczeńska. W przyszłości ta lista z pewnością się wydłuży.

________________________________________________________________________________________________

Gajówka (miejsce nieistniejące, Poraż)

Gajówka do nie dawna była bazą i pracownią Stowarzyszenia „SAŁASZ” i Teatru CST.  Tutaj przebywaliśmy podczas naszych pobytów nad Osławą.  Stara Gajówka we wsi Poraż związana jest z losami rodziny Bogusława Słupczyńskiego.  Tutaj prowadzone były co roku warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży.  Miejsce magiczne położone na brzegu lasu.

***

Pożegnanie z Gajówką 

 

  Po raz pierwszy o Gajówce usłyszeliśmy sześć lat temu. O magicznym miejscu poza wsią Poraż, na skraju lasu, gdzie postanowiliśmy umiejscowić działania związane z naszym pierwszym w tym rejonie projektem dla dzieci i młodzieży. Samochodem dojechaliśmy do ostatnich zabudowań, stanęliśmy na wzgórzu i zobaczyliśmy ją. A właściwie sam dach. Cała reszta ginęła wśród ogromnych, żółtych kwiatów, opierała się o ścianę lasu, ginęła z oczu. Piękny widok. Magiczne miejsce. Odpięliśmy naszą małą przyczepę załadowaną po brzegi śpiworami, plecakami, prowiantem, a przede wszystkim materiałami i rekwizytami potrzebnymi do zajęć z dziećmi i ruszyliśmy ku miejscu, z którym przyszło nam związać się na następne kilka lat. Droga była niedługa, ale piaszczysta i trudna. Co chwila koła przyczepki zapadały się w piachu lub klinowały na kamieniach. Ciągnęliśmy i pchaliśmy, aby jak najszybciej osiągnąć cel. Po dojściu na miejsce okazało się, że właściwie najtrudniejszy etap drogi ciągle przed nami. Od płotu do drzwi pozostało nie więcej jak kilkanaście metrów. Niestety, nie do przebycia. To, co robiliśmy, aby dojść do drzwi, przypominało karczowanie lasu. Ogromne, piękne kwiaty okazały się być wyjątkowo przywiązane do miejsca, a ich grube i twarde łodygi nie chciały poddać się kosom. Nam jednak wszystko wydawało się możliwe. Drzwi stanęły otworem. Wnętrze Gajówki puste i smutne. Ciche ściany, głuche okna, samotny i zakurzony krucyfiks pozostawiony na parapecie – ostatni i jedyny ślad życia i ludzkich rąk. Trzeba było życie tchnąć w przestrzeń od nowa. Sprzątanie, odkurzanie, mycie okien, szorowanie podłogi. Bielenie ścian, wymiana zgniłych desek w jednym pomieszczeniu, koszenie łąki, otwarcie studni, zagospodarowanie podwórka, „prysznic” na jabłoni, garnki na piecu. Pokrzykiwania, nawoływania, śmiech lub ponaglania. Na wszystko mieliśmy nie więcej, niż kilka dni. Gajówka powoli zmartwychwstawała. Nadszedł dzień decydujący. Bukiety kwiatów na stołach przed Gajówką, ciasteczka na talerzach i oczekiwanie. Teraz my – gospodarze, czekamy na gości. Czy przyjdą? Przyszli. Trochę nieufni, ale ciekawi. Dzieci i ich rodzice. Przełamywanie lodów, baczna obserwacja. I przede wszystkim, powtarzające się jak mantra pytanie: dlaczego tu? Jest przecież tyle miejsc we wsi, szkoła, Dom Ludowy. A wy tu, pod lasem, w opuszczonej Gajówce? Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Wraz z ciekawością dzieci, zafascynowaniem, że tak można, że można malować nad strumieniem, śpiewać na łące, rysować na trawie, a teatr robić w lesie lub na jego skraju. Że nie trzeba do tego sceny, szkolnych ławek, czy podestów w Domu Ludowym. Każdego ranka widzieliśmy ten sam widok: nadciągające piaszczystą drogą gromady dzieci, z kanapkami, piciem, kurtkami, sweterkami. Każdego dnia szły jak na wycieczkę, jak  po przygodę. I przygoda miała miejsce. Przez sześć lat. Co roku w lecie Gajówka zamieniała się w pracownię malarską, ceramiczną, rzeźby, galerię fotografii, które podczas wypraw robili uczestnicy warsztatów. Nie można było wymarzyć sobie lepszego miejsca. Fotografie rozwieszone na bielonych ścianach drewnianego domu ożywały, opowiadając jeszcze raz historie ludzi i miejsc na nich utrwalonych, rzeźby na bocznej ścianie nie mogły mieć lepszej oprawy, spektakle teatralne na łące lub wokół domu stawały się elementem naturalnej przestrzeni. Wszystko to mogło się wydarzyć, bo i my, i dzieci bardzo tego chcieliśmy. Kiedy w tamtym roku spotkaliśmy się z dziećmi podczas warsztatów w Gajówce, nikt nie przypuszczał, że jest to pożegnanie z tym miejscem. Po raz kolejny ożyło ono gwarem i śmiechem, rozprzestrzeniło się na wieś, na plebanię, na podest. Dzieci było tak dużo, że nie dałoby się ich zmieścić w starej Gajówce. Większość z nich towarzyszyła nam od samego początku. Co roku ze zdziwieniem rozpoznawaliśmy te same twarze, ale coraz doroślejsze. Z maluchów, które pamiętają jeszcze „ czary” plastyczne nad potokiem, Osadę Duszków, mapy „Matarga”, wyprawy po okolicy, opowieści najstarszych mieszkańców zebrane w formę broszury i pokazane jako spektakl teatralny, dziś wyrosła wspaniała, świadoma swojego miejsca młodzież. Ale oprócz nich co roku przychodzili całkiem mali, „nowi”. I co roku dla wielu z nich miał to być początek niekończącej się przygody, ale także przede wszystkim mądrej i twórczej edukacji. Przez te kilka lat udało nam się uczynić Gajówkę miejsce żywym. Wkładaliśmy w to wiele pracy i serca. Ponieważ wiedzieliśmy o tym, że w każdej chwili może zapaść decyzja o jej rozbiórce, nie mogliśmy uczynić z niej prawdziwego domu, ale robiliśmy to, co było możliwe i niezbędne. Nowe okiennice, nowe podłogi, na nowo pomalowane drzwi.  Kiedy przyjeżdżaliśmy do Poraża na jesieni, na wiosnę lub w zimie, Gajówka czekała na nas. Razem z lisami i kunami, z których piskiem i chrobotaniem nauczyliśmy się żyć. Czuliśmy się tak, jakbyśmy wracali do domu. Witaliśmy się z naszymi sąsiadami, szliśmy  naszą drogą, wchodziliśmy na  nasze podwórko, otwieraliśmy nasze drzwi. A potem rozpalaliśmy w piecu, odkrywaliśmy studnię, sprzątaliśmy jak po krótkiej nieobecności w domu, siadaliśmy przy gorącej herbacie i zaczynaliśmy rozmowę o tym, co będzie tu w lecie.Niestety, tego lata w Gajówce nas już nie będzie. Nie będzie warsztatów, dzieci idących po piaszczystej drodze z plecakami po przygodę, spotkań, wędrówek i końcowych pokazów. Niedługo Gajówki też już nie będzie. Zostanie zburzona. Pozostanie po niej puste miejsce albo coś, co tę pustkę szybko, łatwo, skutecznie i nowocześnie zapełni. Miejsce stanie się „pożyteczne inaczej”, a pewnie też i dla kogo innego.Szkoda, że rok temu nie wiedzieliśmy, że tak właśnie na pewno się stanie. Pożegnalibyśmy się z Gajówką uroczyście. /Katarzyna Słupczyńska/

*

Stowarzyszenie SAŁASZ od 2002 roku zrealizowało w Gajówce we wsi Poraż szereg projektów – m. in.: Dzieci Sąsiadów, Matarga, Ścieżka Nadziei, Collage Kultury. Zajęcia realizowane były w ramach wsparcia finansowego Fundacji Batorego, Fundacji Kultury, Fundacji Wspomagania Wsi, Burmistrza Miasta i Gminy Zagórz. Członkowie Stowarzyszenia pracowali jako wolontariusze, nie otrzymując nigdy wynagrodzenia. Miejsce to odwiedziło wielu znamienitych gości ze świata kultury. Dziękujemy za wsparcie i zaufanie państwu Joannie i Krzysztofowi Bryndzom, pani Dorocie Bryndzy, naszym sąsiadom rodzinie Kruczków, byłemu Proboszczowi Księdzu Romanowi Szczupakowi, obecnemu –  Aleksandrowi Zdybkowi.